Pytasz węża czy w dolinie syczy? – recenzja filmu “Klątwa Doliny Węży” z autorską narracją Łony
Klątwa doliny węży to jeden z tych filmów, które trudno komukolwiek polecić na serio, ale jeszcze trudniej przestać oglądać. W tej historii mamy tajemniczy manuskrypt, wyprawę do Azji, starożytne sekrety, helikoptery, węże, egzotyczne lokacje i bohaterów, którzy traktują wszystko śmiertelnie poważnie — nawet gdy widz co chwilę zastanawia się, czy właśnie ogląda prl-owskie kino przygodowe, czy mokry sen polskiej kinematografii czasów demoludów. Film Marka Piestraka od lat funkcjonuje gdzieś pomiędzy kultowym klasykiem a memem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, ale seans z autorską narracją rapera Łony sprawia, że ta podróż nabiera zupełnie nowego charakteru. I co najważniejsze — nie jest to żart robiony z filmu, ale raczej pełne sympatii oprowadzanie po labiryncie pełnym osobliwości.
Przez lata Klątwa doliny węży miała łatkę jednego z najgorszych polskich filmów w historii. Wystarczy wspomnieć gumowego węża, nieco chaotyczną fabułę czy próbę stworzenia „polskiego Indiany Jonesa”, żeby większość widzów zaczęła się uśmiechać pod nosem. Tyle że właśnie w tym tkwi jej niezwykły urok. Polskie kino gatunkowe lat 80. miało w sobie coś absolutnie bezczelnego — twórcy próbowali kopiować zachodnie trendy, często przy ograniczonych możliwościach, ale też bezkompromisowego, bowiem robili oni to z ogromnym entuzjazmem i całkiem pokaźnym rozmachem. Dzisiaj ogląda się takie filmy już nie przez pryzmat technicznych niedoskonałości, ale pewnej swojskości i autentyczności, które coraz trudniej odnaleźć we współczesnym kinie. Klątwa doliny węży nie jest więc wyłącznie „złym filmem”. Zwyczajnie byłoby nieuczciwym szufladkować ją w ten sposób, nie osadzając w szerszym kontekście tamtego okresu polskiej kinematografii. To istna kapsuła czasu, osobliwy relikt epoki i jednocześnie fenomen popkultury, który przez lata obrósł legendą.
Właśnie dlatego pomysł festiwalu filmowego Korelacje okazał się tak trafiony. W ramach projektu zaproszeni twórcy przygotowują autorskie narracje do klasycznych polskich filmów — jest to coś pomiędzy audiodeskrypcją, esejem filmowym, a osobistym komentarzem. Premierowy pokaz Klątwy doliny węży z narracją Łony odbył się podczas zeszłorocznej edycji festiwalu. Obaj film i raper z miejsca zdobyli serca publiczności, a narracja Łony była szeroko komentowana w kuluarach. Oczywiście, na sali było słychać śmiech, ale też autentyczne zainteresowanie tym, co autorska audiodeskrypcja wyciąga z filmu. Bo komentarz Łony nie sprowadza się do prostego wytykania absurdów. Wręcz przeciwnie, momentami ma się wrażenie, że narrator z prawdziwą fascynacją odkrywa kolejne elementy tego szalonego świata i próbuje przekonać widzów, że pod warstwą kampu kryje się coś znacznie ciekawszego, co można przygarnąć i pokochać jak swoje.
Łona od lat udowadniał w swoich tekstach, że znakomicie operuje słowem, ale tutaj słychać (i czuć) również ogrom pracy włożonej w przygotowanie się do realizacji projektu. To nie jest improwizowane komentowanie scen w stylu VHS Hell. Ewidentnie raper zagłębił się w historię filmu, wyciągnął na wierzch mnóstwo szczegółów, dzięki czemu z ogromną swobodą wrzuca do narracji ciekawostki o sprzęcie, realiach produkcji czy popkulturowych inspiracjach. Potrafi w jednym zdaniu przejść od Jeremiego Przybory do współczesnych powiedzonek internetowych, a chwilę później rzucić detalem o modelu helikoptera wykorzystanego w danej scenie. Zgadza się, że czasami ilość tych odniesień bywa wręcz przytłaczająca i mam wrażenie, że młodsza część widowni może nie wyłapać wszystkich tropów, szczególnie tych mocno osadzonych w polskiej kulturze sprzed kilku dekad. Natomiast co ważniejsze to to, że Łona bardzo dobrze balansuje pomiędzy inteligenckim humorem a zwykłą, szczerą frajdą z oglądania tego filmu. Nigdy nie ma się poczucia, by w jego głosie pobrzmiewały choć echa pogardy wobec materiału źródłowego. Wręcz przeciwnie, brzmi on jak ktoś autentycznie zachwycony osobliwością Klątwy doliny węży.
Wydaje mi się też, że sam koncept autorskich narracji jest nie tylko ciekawy, ale istotny w kontekście kwestii dostępności kina. Choć oczywiście mam pewne wątpliwości, czy taka forma rzeczywiście mogłaby pełnić funkcję pełnoprawnej audiodeskrypcji dla osób niewidomych, bo częściej jednak jest autorskim komentarzem, niż dokładnym opisem obrazu, którego potrzebuje grupa docelowa. Bezsprzecznie jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że seans z narracją Łony naprawdę potrafi na nowo odkryć film, który wydawał się już doskonale znany. Wersja z odautorskim komentarzem nie odbiera filmowi jego kultowego uroku. Ona po prostu pozwala spojrzeć na niego z zupełnie nowej perspektywy.

