Powiało chłodem – recenzja filmu “Zima pod znakiem wrony”
Film opowiada historię brytyjskiej profesor psychologii Joan Andrews, która przyjeżdża do Warszawy w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego. Ma ona wygłosić, jak sama twierdzi kontrowersyjny wykład w ramach trwającej międzynarodowej konferencji. Jednak jego przebieg zostaje zakłócony przez protest studentów przeciw komunistycznemu reżimowi. Na drugi dzień główna bohaterka budzi się w nowej, surrealistycznej rzeczywistości zimy 1981, gdzie na ulicach auta zastąpiły czołgi, a niedzielny teleranek pełne niepokoju orędzie gen. Jaruzelskiego. Andrews z dnia na dzień znajdzie się w sytuacji, w której zmuszona będzie zrobić coś, czego nie mogła spodziewać się przed przylotem na konferencję. Wciągnieta w konspiracyjną działalność, będzie musiała opowiedzieć się po którejś ze stron.
“Zima pod znakiem wrony” zapowiadany jest jako kino łączące ze sobą surrealizm i szpiegowską intrygę, choć wśród niektórych recenzji można nawet znaleźć także wskazania na elementy horroru. Ciężko mi jednak jasno ustosunkować się do tego, gdyż przez cały film zastanawiałem się w zasadzie, jaka jest stawka, o którą walczą bohaterowie. Nie mam tu na myśli faktu działalności konspiracyjnej, czy znanego z lekcji historii słynnego hasła sprzeciwu “Orła WRONa nie pokona” będącego jednoznaczą inspiracją dla tytułu. Chodzi mi jedynie o fakt, że główną bohaterką filmu jest brytyjska profesor, z którą przez szczątkowy scenariusz trudno rezonować, trudno odczytać jej motywacje, by poczuć autentyczność jej emocji oraz współdzielić poczucie zagrożenia i alienacji. Zdecydowanie nie pomaga w tym również jej apatyczny charakter i lekki marazm, który poniekąd tłumaczą zdawkowo przekazywane informacje o jej przeszłości. Dowiadujemy się m.in. o jej matce, która życie spędziła zamknięta w szpitalu, czy poświęceniu się psychiatrii w czasach, gdy kobiety, jeśli już decydowały się na studiowanie medycyny, wybierały medycynę rodzinną. Dlatego, choć postać grana przez Lesley Manville może miejscami wydawać się nazbyt przerysowana w swoim zadzieraniu nosa, to wynika to z faktu wysiłków, które musiała podjąć w przeszłości, by dojść do miejsca, w którym się znalazła.
By nazwać ten film thrillerem, szpiegowskim, czy surrealistycznym jest w nim po prostu za mało przysłowiowego “mięska”. Jak już pisałem wyżej, zabrakło w nim jasno określonej stawki, o którą toczyłaby się gra. Niejasne jest dla mnie również to, co twórcy filmu chcieli nim przekazać, choć zdecydowanie czuć w nim antyreżimowy komentarz, który w dzisiejszych czasach wcale nie pozostaje mniej aktualny. Choć osoby odpowiedzialne za scenografię dołożyli wszelkich starań, by realnie odwzorować realia Polski okresu stanu wojennego, co wypada wręcz znakomicie, to już scenariopisarsko “Zima pod znakiem wrony” bazuje na zbyt jaskrawych kliszach, zbytniej dosadności, licznych spłyceniach i w szczególności czymś, co określiłbym mianem demonizacji prlowskich archetypów, które reżyserka przenosi na, z przykrością to piszę, kartonowe postaci, nawet jeśli aktorzy dawali z siebie na planie wszystko. Zdecydowanie nie można odmówić im talentu, gdyż w każdej scenie było czuć od nich zaangażowanie w rolę. Niestety, przy scenariuszu który dostali, nie mogli przekroczyć Rubikonu.
Wiem, że ta recenzja raczej nie prezentuje “Zimy pod znakiem wrony”, jako filmu wartego obejrzenia, lecz nie jest tak do końca. Odnoszę wrażenie, że to co w tym filmie działa i co nie działa, było przyczyną porażki “Skarbek”, który premierę miał w październiku ubiegłego roku. W obu przypadkach najsłabszymi elementami były nieangażujące historie, rozpisane jakby na kolanie. To udowadnia doskonale, że porządny scenariusz jest już połową sukcesu. Dobre dialogi i należycie skonstruowane postaci są w stanie wyciągnąć największe potknięcia, a nawet zapomnieć o tych mniejszych aspektach jak: monotonna muzyka rodem z ekranu ładowania gry, ślimacze tempo, czy ewidetnie nieumiejętnie wykorzystane efekty cyfrowe.
Na koniec chciałbym jednak mocno docenić pracę operatorów oraz autora zdjęć Tomasza Naumiuka. W dzisiejszych filmach dominuje praktyka roztrzęsionego obrazu. Od czasu “Szeregowca Ryana” nadmiernie eksploatowana nawet w chwilach, gdy kamera powinna stać nieruchomo. W “Zimie pod znakiem wrony” obraz jest nie tylko wyraźny i wyczuwalnie, dobrze rozplanowany. Jest on przede wszystkim płynny, co jest największą zaletą filmu. Pod względem wizualnym ogląda się go wyjątkowo dobrze, a nawet satysfakcjonująco. “Martwe”, odsączone kolory, zimne ostre światło idealnie wzmacniające głębokie cienie tworzą niepokój i mroczny klimat tak gęsty, że można by go kroić nożem. Razem z należycie wykonaną pracą scenografów tworzy to wszystko wyjątkową immersję pozwalającą odczuć klimat zimy 1981 roku tak, że po seansie aż ma się ochotę na gorącą kąpiel.
Nie chcę nazywać filmu “Zima pod znakiem worny” złym. Uważam, że celem recenzji nie jest wystawianie takich określeń, lecz zwracanie uwagii na elementy, które mogą pomóc widzom przygotować się na seans lub wejść z autorem recenzji w polemikę nad wadami i zaletami, które współdzielą lub w których ich zdania się różnią. Myślę, że nowy film Kasi Adamik ma widzowi do zaoferowania kilka rzeczy i warto się z nimi zmierzyć, by samemu wyrobić sobie opinię na temat tego obrazu. Mimo że przeszkadzały mi takie elementy jak schematyczność postaci, nazbyt krzykliwe uproszczenia, to dzięki temu, jak Tomasz Naumiak uchwycił opowiadaną historię w obiektywie, mogłem zanurzyć się w niej i doświadczyć bijącego z ekranu chłodu i surrealistycznego mroku okresu stanu wojennego. Dlatego jeśli zastanawiacie się, czy warto wybrać się do kina, zdecydowanie stwierdzam, że warto dać temu filmowi szansę i przekonać się, jak będzie rezonował z wami.
