Gdy tylko dowiaduję się o nowym projekcie Pedro Almodóvara z miejsca mam ciarki i już nie mogę doczekać się, kiedy zobaczę go w kinie. Na przełomie roku ogłoszono, że Amarga Navidad, bo tak brzmi oryginalny tytuł, wejdzie do hiszpańskich kin 30 marca. Podejrzewałem, że być może producenci celują z premierą światową w Berlinale, jednak tak się nie stało. Wkrótce potem berliński festiwal odrzucił mój wniosek o akredytację prasową, a ja potraktowałem to jako sygnał, że czas spełnić od dawna odkładane marzenie. Na początku kwietnia spakowałem plecak i poleciałem do Madrytu. Decyzja o kupieniu biletów zapadła na parę dni przed wyjazdem, choć już dobre kilka lat temu, jeszcze podczas studiów, obiecałem sobie, że pewnego dnia obejrzę premierowo film Almodóvara w Hiszpanii. W końcu przyszedł ten moment. Kiedy stanąłem przy kasie w legendarnym, madryckim kinie Alphaville (dziś Golem), gdzie zaczęła się kariera Pedra i kiedy już siadłem na sali, zgasły świata, na ekranie pojawiła się plansza z tytułem, a mi bez wyraźnego powodu pociekła łza, wówczas doszło do mnie, że marzenie zostało spełnione. Choć gdy czytam to, co napisałem, zaczynam odnosić wrażenie, a może nawet nabierać pewności, że wykraczało to dalece poza sam fakt spełnienia marzenia. Wizyta w Madrycie, spacery szlakiem lokacji z filmów, trafienie na miesięcznik Dezine z 1980 roku zawierający najprawdopodobniej pierwszy zarejestrowany i spisany wywiad z reżyserem… To wszystko sprawiło, że seans, a nawet cały wyjazd przerodził sie dla mnie w jedno wielkie, filmowe i duchowe przeżycie, o którym z pewnością kiedyś napiszę więcej, ale teraz już po tym przydługim wprowadzeniu, chciałbym rozpocząć część oficjalną, czyli recenzję najnowszego filmu Pedro Almodóvara pt. Gorzkie święta

Elsa oraz Bonifacio podczas sesji zdjęciowej

Gorzkie święta to 24. długometrażowa produkcja w filmografii Almodóvara. Akcja filmu zaczyna się na początku lat dwutysięcznych i opowiada historię Elsy (Bárbara Lennie) – byłej reżyserki, mającej na swoim koncie 2 filmy (określane mianem kultowych), po których to finansowej klapie rzuciła karierę filmowca i przeniosła się do znacznie bardziej lukratywnej pracy w agencji reklamowej. Dzięki niej mieszka dziś we własnym mieszkaniu razem ze swoim chłopakiem Bonifaciem (Patrick Criado). Po serii nasilających się migren bohaterka trafia do szpitala, do którego zawozi ją jej opiekuńczy partner. Po powrocie do domu, któregoś dnia dostaje ataku paniki, co zmusza ją do zatrzymania się i przerwy od pracy, w którą uciekała nazbyt intensywnie przed żałobą po zmarłej matce. Wkrótce Elsa decyduje się na dłuższy odpoczynek i razem z przyjaciółką Patricią (Victoria Luengo), przechodzącą kryzys małżeński, wyjeżdża na Lanzarote.

Na drugiej osi czasu, ponad 20 lat później, sławny i starszy reżyser Raúl Rossetti (Leonardo Sbaraglia) pracuje nad nowym scenariuszem. Dręczy go jednak fakt, że jego wieloletnia współpracowniczka Mónica (Aitana Sánchez-Gijón) odchodzi na emeryturę, by zaopiekować się potrzebującą pomocy przyjaciółką. Obowiązki po niej przejmuje Santi (Quim Gutiérrez), z którym Raúla łączyło kiedyś coś więcej. Znajdując się w nowym położeniu, reżyser próbuje odnaleźć twórczą wenę. Mając mglistą wizję scenariusza, zaczyna szukać inspirujących go tematów i wątków, które mógłby wpleść do historii. Jednak sięgając po najbliższe mu inspiracje z własnego otoczenia, nie liczy się się z faktem, a w zasadzie nie jest świadomy konsekwencji, które przyjdzie mu ponieść. Konsekwencji, które staną się dla niego przyczynkiem do zrewidowania dotychczasowych przekonań i poglądów.

Raúl pracujący nad scenariuszem

Historie bohaterów szybko zaczynają się przenikać, a granice pomiędzy fikcją, a rzeczywistością zacierać. Twórcza wolność ustępuje miejsca dylematom dotyczącym granic intymności i zaufania. W dwóch scenach wybrzmiewają emblematyczne dla filmu pieśni Chaveli Vargas: Las simples cosas we wspaniałej, rozdzierającej serce interpretacji Amaii Romero, La Llorona oraz Amarga Navidad. Stanowią one klucz do zrozumienia filmu. Wskazują jednoznacznie, że pod pozorami spokojnej i miejscami wręcz melancholijnej fabuły reżyser ukrył swoje lęki, o których jeszcze nigdy tak otwarcie nie mówił. Mimo, że oficjalnie nowa produkcja Almodóvara widnieje wszędzie jako tragikomedia, to nie sposób wobec obfitości gorzkich przemyśleń i cierpkich autorefleksji autora, nie wyczuć głównie tragicznej dominanty i bijącego pod napiętą płachtą ekranu (z intensywnością niespotykaną dotychczas u Almodóvara) bólu. Nie jest to jednak patetyczny ból wielkiego artysty u schyłku drogi, odklejonego od reszty świata. To ogólnoludzkie doświadczenie znalezienia się na rozdrożach, w nowych warunkach, do których trzeba się dostosować. To poczucie niepewności mieszające się z goryczą oraz powracającymi echem rozczarowaniami, głęboko osadzone w ludzkiej egzystencji i nieubłaganie z nią związane.

Na szczęście Almodóvar wie, że nic tak nie odciąża napiętej atmosfery, jak żart rzucony w odpowiednim momencie. Co jakiś czas w filmie pojawiają się chwile, podczas których widz może odetchnąć i uśmiechnąć się pod nosem. W Gorzkich świętach są to przede wszystkim sceny, gdy ze scenariusza wybrzmiewa uszczypliwa autoironia kierowana przez reżysera do samego siebie. Zresztą, intencje autora nader dosłownie w tym kontekście zdradza francuskie tłumaczenie tytułu na Autofiction. Można powiedzieć, że całość fabuły filmu stanowi swego rodzaju wiwisekcję autora nad swoim dorobkiem zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Zgadza się, Gorzkie święta to przede wszystkim refleksja nad relacjami międzyludzkimi oraz tym, jak daleko może posunąć się autor, nienaruszając status quo przyjaźni.

Dlatego bardzo łatwo odnieść wrażenie, że na poziomie metakomentarza najnowszy film Pedra jest podobnym do jednego z jego poprzednich filmów, a mowa tutaj oczywiście o autobiograficznym, wybitnym Bólu i blasku. Po części jest to prawda, jednak tym razem hiszpański reżyser zrezygnował z nadmiernej poetyckości, co sprawia, że Gorzkie święta są filmem znacznie bardziej osadzonym w rzeczywistości, dotyczącym codziennego życia i ludzkich dylematów, a przez to zdecydowanie przyziemniejszym. Almodóvar nie powraca w nim ani do czasów dzieciństwa, ani nie rozdrapuje niezabliźnionych ran, lecz skupia się na tu i teraz, pisząc i prezentując historię pełną odniesień do własnego życia i twórczości. Osoby, którym nieobca jest filmografia twórcy bez problemu znajdą w niej odniesienia do tytułów takich jak Porozmawiaj z nią, czy Kobiet na skraju załamania nerwowego, a w kontekście kultowości filmów, o których w jednej ze scen opowiada Elsa lekarzowi dopatrzeć się też można nawiązania do Pepi, Luci, Bom i innych dziewczyny z siąsiedztwa oraz Labiryntu namiętności.

Spotkanie Raúla z Monicą w parku Retiro

Za kamerą Gorzkich świąt stanął nowy autor zdjęć Pau Esteve Birba, którego polscy widzowie mogą kojarzyć głównie z Szefa roku z Javierem Bardemem. Jest to pierwsza współpraca katalońskiego operatora z Pedro Almodóvarem. Zaowocowała ona obrazem naturalnym i wizualnie spójnym z fabułą filmu. Wydaje się, że to właśnie to świeże spojrzenie okazało się szczególnie cenne w kontekście ostatnich produkcji reżysera, będących aż nazbyt wymuskanymi i zrealizowanymi w wręcz chirurgicznie skrojonych kadrach. Rozdźwięk pomiędzy tą perfekcyjnością i doskonałością, a samym ciężarem, refleksyjnym nastrojem oraz mniejszą lub większą kameralnością historii z poprzednich filmów był po prostu zbyt duży. Nieuchronnie skutkowało to poczuciem odrealnienia, a pięknie skomponowana scenografia nie była jedynie tłem, lecz samą sobą pochłaniała sporą część uwagi widza. Taki skrzętnie zaprojektowny świat-pudełko bardzo dobrze sprawdził się w Ludzkim głosie, bo rezonował odpowiednio z samą fabułą, lecz zdecydowanie działał już na niekorzyść następnych tytułów, czyli Matek równoległych oraz W pokoju obok. Pau Estave Birba oczywiście nie wywrócił nowego filmu Almodóvara do góry nogami. Wszystko to, z czego znamy i za co kochamy reżysera jest na swoim miejscu. Birba po prostu doskonalne rozumiejąc almodóvarowskie uniwersum, potrafił uchwycić wizję reżysera w taki sposób, aby obraz, dźwięk, gra aktorska i fabuła stanowiły razem integralne i koherentne części całego obrazu.

Po raczej chłodno odebranym W pokoju obok, o którym (mimo bycia laureatem Złotego Lwa) zarówno krytycy i widzowie mieli mieszane opinie, Almodóvar zdecydował się powrócić do kręcenia w Hiszpanii, w swoim ojczystym języku, co zdecydowanie wyszło filmowi na dobre. Przełożyło sie to bezpośrednio na bardzo dobre decyzje castingowe. Główną rolę powierzył Bárbarze Lennie. Aktorka, wcielając się w Elsę, idealnie balansowała pomiędzy rozbitą i wyczerpaną, a zdeterminowaną i pewną siebie kobietą. Umiejętnie zmieniając, a czasem żonglując nastrojem swojej postaci zbudowała wiarygodny portret osoby, dla której praca i jej ambicje są równie ważne co relacje międzyludzkie, a czasem nawet ważniejsze. Mimo to, nie sposób nie sympatyzować z tą bohaterką. Dychotomia jej działań w dalszej części filmu wpisuje się dokładnie w tematy poruszane przez Almodóvara w Gorzkich świętach. Nie gorzej na tle Lennie wypada akompaniujący jej Patrick Criado, będący jej filmowym partnerem. Choć jego bohater Bonifacio jest jedynie rolą drugoplanową, pełni dla Elsy bardzo ważną rolę lustra, w którym ta może się przeglądać. Dzięki czemu z kolei widz może ją lepiej poznać i zrozumieć. Przy tym niezależnie czerpiąc przyjemność z samego obserwowania związku ich dwojga ewoluującego w miarę postępu fabuły, co stanowi idealny punkt wyjścia do dyskusji o niezależności, stawianiu granic i pełnienia w czyimś życiu funkcji terapeutycznej.

Niestety, na tle Lennie oraz Criado nieco słabiej wypadają aktorzy z segmentu dziejącego się 20 lat poźniej. Być może wynika to ściśle z budowy scenariusza i fabularnego kontrastu. Niemniej jednak, obie części filmu uzupełniają się wzajemnie, będąc równie istotnymi dla całości historii. Segmenty te przenikają się na tyle, że możemy w pewnym momencie mówić wręcz o symbiozie pomiędzy nimi, a w dalszej perspektywie dostrzec ukryte przesłanie reżysera o relacji twórcy ze swoim dziełem. To wszystko przypieczętowuje niewypowiedziana na głos, ale ukryta w postaci Monici dedykacja i podziękowania złożone przez Almodóvara Esther Garcii – jego wieloletniej, bliskiej współpracowniczce, producentce jego filmów, a przede wszystkim przyjaciółce.

Elsa i Patricia słuchające piosenki “La Llorona” Chaveli Vargas

Bez dwóch zdań Gorzkie święta nie będą filmem przełomowym w karierze hiszpańskiego reżysera, ale razem z Bólem i blaskiem stanowią klucz dla zrozumienia jego współczesnej twórczości, czy jak niektórzy mówią późnego Almodóvara. Na przestrzeni ostatnich lat, już od czasów Juliety kino Pedra bardzo się zmieniło. Stało się spokojniejsze, subtelniejsze, więcej w nim egzystencjalnej refleksji. Dylematy i zagadnienia, którym autor poświęca swoje kolejne tytuły z reguły pozbawione są tej dzikiej intensywności, która cechowała jego wczesne tytuły takie jak: Labirynt namiętności, Prawo pożądania, czy Wysokie obcasy. Wydaje się, że to właśnie ta zmiana sprawiła, że nowe produkcje Hiszpana, do którego nie bez powodu dawno temu przylgnęła łatka enfant terrible, są odbierane dziś z dużo mniejszym entuzjazmem. Płomień, którym kiedyś dosłownie buchały z ekranu postaci jego filmów przeniósł się do ich wnętrza, a emocjonalne rozdygotanie zastąpiły dojrzałe introspekcje. W jednym ze starszych wywiadów Almodóvar powiedział, że poszukuje odpowiedzi na nurtujące go pytania, kręcąc o nich film. Od tego czasu nic się w tej kwesti nie zmieniło. Poza tym, że szaleństwo znane chociażby z Matadora zastąpiły nostalgia i zaduma. Ewolucja almodóvarowskich bohaterów jest bowiem ewolucją samego reżysera i to nią właśnie dzieli się z widzem w autofikcyjnych Gorzkich świętach.

Elsa z Patricią podczas wyjazdu na Lanzarote