19. Pięć Smaków | Tropami snów – recenzja “Chcę spać tak, by śnić” (reż. Kaizô Hayashi)
Do agencji detektywistycznej zgłasza się starszy służący dawnej gwiazdy kina niemego. Córka kobiety została porwana, a domniemani sprawcy zostawili żądanie miliona jenów okupu oraz zagadkę. Para detektywów, specjalista i żółtodziób, wyruszają w podróż przez miasto, by odnaleźć dziewczynę o imieniu Dzwoneczek.
Wspaniałe kino! Film, który składa hołd japońskiemu kinu niememu, a jednocześnie pozostaje koherentną, samodzielną historią. Wielkie brawa dla festiwalu, że zdecydowali się pokazać ten tytuł. Właśnie takie retrospektywy chciałbym móc oglądać częściej.
Film Kaizô Hayashiego to doświadczenie, precyzyjnie skonstruowana układanka, która pozwala zanurzyć się w świecie minionym, uwierzyć w triki, które niegdyś stosowano w kinie. Od samego początku obcujemy z wizualną grą, podsuwane są nam tropy, które odkrywają swoje znaczenie dopiero w finale. Jednocześnie całość jest zarówno filmem dźwiękowym, jak i niemym, łączącym oba te style, tworzącym pomost między kinem dawnym i współczesnym.
Jednocześnie wszystkie zabiegi twórców nie są ani prostą stylizacją, ani kuglarską sztuczką. Bo kiedy dźwięku nie ma, to wiem, że faktycznie nie powinno go być. A kiedy jednak dźwięk się pojawia, to ma zawsze precyzyjne działanie (jak wtedy, gdy ciszę przerywa stuk rewolweru odkładanego na biurko). Kiedy rozlega się muzyka, jestem w transie, a kiedy znowu zapada cisza, czekam z niepokojem na kolejne zdarzenia.
Jesteśmy powoli prowadzeni przez historię kryminalną, która jednak od pierwszej chwili nie jest taka, jakiej byśmy się spodziewali. Główny detektyw jest miłośnikiem jajek na twardo, jego kompanowi oczy świecą się na widok pieniędzy, a braki w intelekcie nadrabia sztukami walki. Rozwiązanie pierwszej i kolejnych zagadek są zaskakujące, a zarazem sprawiają wrażenie, jakby ktoś prowadził śledczych jak po sznurku. Porywacze wikłają ich w coraz dziwniejszą grę, a historia staje się coraz bardziej oniryczna. I choć nie znam japońskiego kina niemego, to wierzę, że wiele scen nawiązuje do tamtejszych klasyków. I nie szkodzi, że tych nawiązań nie znam: film nie wymaga od widza niczego więcej, niż miłości do kina.
Cała ta gra formą znajduje swoje ujście krótko przed końcem, kiedy odwrócona konwencja pozwala na przeżycie seansu kina niemego takiego, jakim znali je ludzie naprawdę. A kiedy w finale fikcja zmiesza się z prawdą, fabuła z rzeczywistością, kiedy tajemnica zostaje ujawniona a karty odkryte, nie pozostaje nic, jak tylko uronić łzę wzruszenia i pokochać tę historię z całym jej pięknem.
Niesamowita lekcja z tego, jak wiele można osiągnąć na polu materii filmowej, a także podróż do świata kina niemego, które, mimo że podobne do europejskiego, miało jednak w Japonii własne tradycje (rola lektora benshi to fenomen, o którym chcę dowiedzieć się więcej). Jeszcze raz serdeczne podziękowania dla Pięciu Smaków za możliwość odkrycia tej perły.
