Grać historie – recenzja “Inu-Oh” (reż. Masaaki Yuasa)
“Inu-Oh” to piękne anime o sile muzyki, ale nie samej w sobie, lecz niesionej przekazem tekstu, który gra pierwsze skrzypce. Dla fana hip-hopu to pozycja szczególna, bo jak wiadomo wpierw słowa, a potem bit. W swej formule animacja jest niesamowicie odważna, kiedy igra z oczekiwaniami widzów i ich przyzwyczajeniami. Nawet w obrębie kilku następnych scen potrafi wybić widza z równowagi, ale jeśli ten kupi konwencję, to gwarantuję – przehypeowani “Grzesznicy” staną się dla niego marnym wannabe.
Film opowiada o niewidomym muzyku Tomona, który spotyka na swej drodze zdeformowanego, uchodzącego wśród mieszkańców za demona, Inu-Oh. Kiedy okaże się, że ten drugi dysponuje niesamowitym głosem, a do tego ma dar przyzywania niesamowitych, wyjątkowych historii, wówczas dwójka bohaterów zawiąże duet, a następnie jako zespół zyska swoimi występami rozgłos w całym Kyoto. Prędko muzycu przekonają się, że tekst, który śpiewają nie pochodzi z tego świata, a jest wołaniem duchów, które w ten sposób próbują opowiedzieć o swoich losach, odkrywajac prawdę, odkłamując zafałszowamą rzeczywistość, a tym samym nareszcie znaleźć ukojenie w zaświatach.
Muszę przyznać i robię to regularnie, że nie jestem fanem anime, lecz gdy usłyszałem o “Inu-Oh” z miejsca wiedziałem, że to pozycja dla mnie obowiązkowa. Bowiem to nie tylko opowieść o sile muzyki, wytrwałości, więziach, ale przede wszystkim o sile dobrych historii, które może nie będą ponadczasowe, ale przekazywana z ust do ust niosą w sobie ziarno starego świata. Z nadzieję, że wreszcie wylądują i dadzą początek nowym. “Inu-Oh” zobaczycie w kinach, lecz niestety nie w całej Polsce, a film też podejrzewam szybko wypadnie z repertuaru, dlatego tym prędzej spieszcie na sean, bo warto zobaczyć tę HISTORIĘ na dużym ekranie!
