60. lat DKF Politechnika
60 lat Dyskusyjnego Klubu Filmowego “Politechnika”. Z tej okazji zapraszam każdą osobę, do której dotrze post na obchody rocznicy w najbliższy czwartek – 11. grudnia. Na skalę miasta jest to wydarzenie wyjątkowe i no cóż… zdarzające się raz na 60 lat.
A teraz prywatna opowieść prosto z serca o miejscu, które stało się poniekąd drugim domem…
W DKF Politechnika – miejscu, które na lini czasu ma dla mnie szczególne znaczenie, spędziłem swoje ostatnie 7 lat życia, a nawet 10, uwzględniając te minione, zanim stałem się oficjalnie częścią zespołu. DKF od początku był przestrzenią, w której mogłem realizować się na płaszczyznach innych, niż zero-jedynkowe studia informatyczne. A może jak pisał Schulz w “Sanatorium pod klepsydrą” był – wyrwą w czasie, istniejącą gdzieś na uboczu dni rozciągniętych między porankami i wieczorami.
W ten czwartek wybija 60-lat działalności nieoficjalnego 3. kina studyjnego we Wrocławiu, gdzie każdy rok przynosił wyjątkowy repertuar. Każdy kinoman i kinofil w mieście wie, że selekcje naszych tytułów odznaczały się zawsze wysoką jakością artystyczną i choć nasze sale nigdy nie były pełne po brzegi, to zawsze mieliśmy grono osób, które ceniły nasze starania i bogactwo dywersyfikacji czwartkowych seansów. Nie byłoby to możliwe bez małych, prywatnych wszechświatów członków klubu, którzy na przestrzeni lat składali sie w ten jeden, eklektyczny organizm.
Wiele razy miałem okazję usłyszeć słowa typu: “dzięki za dziś”, “bardzo ciekawa prelekcja”, “dzisiejsza dyskusja była zestawem perspektyw, które pozwoliły mi inaczej spojrzeć na film”, “chciałem powiedzieć tylko, że robicie super robotę”, “przychodzę do was w czwartki i wiem, że nie muszę nawet sprawdzać filmu, by wiedzieć, że chcę na nim być”, “czwartek wieczór dla mnie to dkf politechnika”, “skąd wy bierzecie te tytuły”, “gdyby nie dkf nie odkryłabym kina” i jedna z ostatnich po seansie “Snu Sultany”, która zapadnie mi w pamięć na lata “każda twoja prelekcja to taka mała podróż” (Jolanta Popińska). Te wszystkie uznania, podziękowania, docenienia naszego filmowego klubu dawały mi poczucie, że robimy w każdym roku coś, co ma znaczenie i co odkłada się w ludziach, sumując w coraz szersze horyzonty i to nie tylko kinowe.
Zawsze też w klubie dbaliśmy o tradycję. Każdy pokaz poprzedzony był prelekcją, a zwieńczony dyskusją, która jest kwintesencją naszej działalności i wie to każdy, który choć raz był u nas na pokazie. Dla mnie wszystkie prelekcje i dyskusje, w których brałem udział, jak i te które prowadziłem, były okazją do nieustannego rozwoju, zbierania nowych doświadczeń, choć nie zawsze były one łatwe, ale każda z tych nieperfekcyjnych cegiełek i to, co nimi budowałem, było kierowaniem się za zmiennymi kierunkowskazami. Podążanie za nimi stworzyło we mnie człowieka, z którym choć nie lubię przebywać, to cenię jego obecność.
Obserwowałem te zmiany zachodzące we mnie, nowych ludzi z nowymi pomysłami, którzy co roku pojawiali sie w DKFie. Chyba nie będzie to nadużyciem, gdy powiem, że było to inspirujące, patrzeć, jak z czasem zmienia się świat, a ja starzejąc się mogę z tego czerpać. Dziś między mną a najmłodszym członkiem jest 10 lat. W tym roku zaczęło mnie to przerażać. Pojawiły się myśli, że może to pora przerwać bieg, że ten mój czas, czy raczej linia czasu nie powinna przecinać się z tymi, którzy piszą historię klubu na nowo. Jednak ten strach po kilku rozmowach minął, gdy zrozumiałem, że moja “starsza” perspektywa nie musi być niczym złym, znalazłem osoby, dla których jest ona cenna, a sam mogę trochę jak Wojtek Sokół: “Słuchać małolatów, żeby wiedzieć, co się kroi. Słuchać zgredów, żeby wiedzieć, jak było”.
DKF Politechnika nie tylko ma swoją historię, ale ją tworzy. Jedna z nich, nader nieprawdopodobna wydarzyła się kilka tygodni temu, gdy podczas luźnej rozmowy w barze poznałem człowieka, który po usłyszeniu nazwy DKF Politechnika powiedział, że ostatni raz był tam na pokazie filmu “The Wall” i że jest to jedna z najważniejszych płyt w jego życiu, że do dziś trzyma pamiątkowy bilet w antyramie tuż obok biletu z koncertu Rogera Watersa. Dodał do tego żartobliwie: “Było to chyba najlepsze wyjście, jakie mieliśmy z moją byłą żoną”. Pokaz filmu “The Wall”, który odbył się 30. listopada 2019 roku, z okazji 40-lecia płyty Pink Floydów, rozbudowany o oprawę wizualną i happening był moim autorskim, sporych rozmiarów projektem, który zorganizowałem, jednocześnie równolegle kończąc pisanie pracy inżynierskiej. Nie ma dla mnie wyższej formy sztuki, jak ta, która pozostawia w człowieku ślad. Dzięki byciu w DKFie udało mi się ten ślad zostawić. Jaka była szansa, że po 6 latach trafię na człowieka, który podzieli się ze mną tą historią? Mój wewnętrzny matematyk odpowie, że niezerowa, ale szansa, że to ja będę jej częścią… to już pozostawię niezbywalnemu urokowi ślepego losu.
Przyszedł też taki czas, gdy trochę jak w piosence Paktofoniki “Ja to ja” dotarło do mnie, że “ja to ja, więc jako ja chcę być znany”. Poszły za tym wybory, które niektórym się nie podobają, inni je doceniają, a ja niezależnie od tego cieszę się, że zbudowałem w ludziach jakiś obraz mnie, mojego specyficznego gustu filmowego i tego, że gdy wychodzę poprowadzić prelekcję, każdy już mniej więcej wie, czego się spodziewać, a po jej zakończeniu czasem nawet dostanę screenshot odpalonego stopera. Pamiętam, gdy po pokazie “Emy”, którą zgłosiłem do repertuaru podszedł do mnie Krzysiek Dubowik i z czymś pomiędzy sarkazmem, ironią, a koleżeńskim żartem zapytał: “To ty zgłosiłeś ten film, co nie?”. Raz Krzysiek powiedział mi, że przez moje dziwne filmy i filmy ogółem grane w DKFie zmieniło mu się patrzenie na nie. Kiedyś oceniłby je na 2, a dziś, co niekoniecznie wie, czy jest dobre, oceniłby znacznie wyżej.
Mam z tego powodu w sobie pewne poczucie dumy odfiltrowanej z hedonizmu, że choć nie zawsze w pozytywnym sensie, ale udało mi sie nie być osobą obojętną dla innych. Mam też sporo radości, że po drodze m.in. dzięki DKFowi Politechnika nauczyłem się mówić przez pryzmat “ja” i przestałem używać trzeciej osoby, do opowiadania o tym, co przeżywam. Najśmieszniejszą rzeczą, jaką usłyszałem w tym roku, było nazwanie mnie “osobowością”. Wpierw dużo myślałem, co to znaczy, przypisując temu różne znaczenia. Jednak wreszcie do mnie dotarło, że w tym słowie nie chodzi o precyzję – to właśnie całe spektrum znaczeń, jakie ono w sobie kryje, jest jego kwintesencją. To też chyba miejsce, by podziękować osobom takim jak Daniel Szymon Styś i Hanna Kroczek, które miały cierpliwość by przez to spektrum ze mną przechodzić i w zrozumieniu, że właśnie w jego akceptacji i poszanowaniu kryje się ta dziwna tajemnica, dzięki której nawiązywane relacje potrafią wykraczać poza limity czasu i przestrzeni.
Nie było łatwo wytrwać w tej filmowej pasji przez ostatnie 10 lat. Z różnych przyczyn, głównie zbyt osobistych, by umieszczać je w poście na facebooku, ale opłaciło się. Choć to zdzierane od zaciskania zęby dawały siłę tej ambiwalentnej konsekwencji. I gdy tak myślałem, że to wszystko po nic, że nie docieram do żadnego miejsca, a jedynie dryfuję, to na horyzoncie pojawiły się nowe szanse. Odejście z Kalejdoskopu, gdzie zdobywałem doświadczenie, dało mi siłę i wywołało iskrę, która poskutkowała powstaniem Seen Twice. W maju dostałem propozycję prowadzenia prelekcji w DCFie do wyjątkowo pojechanego cyklu Najlepsze z Najgorszych, gdzie pełen obaw, że mogę sobie nie poradzić z tego typu kinem, odkryłem coś odwrotnego. To właśnie te moje wypracowane “ja” jest czymś, co we wspomnianych prelekcjach wnosi zupełnie inne spojrzenia na te zaszufladkowane filmy. Zrealizowałem pierwsze wywiady z twórcami podczas Millennium Docs Against Gravity Wrocław oraz Octopus Film Festival. To one wreszcie sprawiły, że odpaliłem podcast, z którym to zamiarem nosiłem się od dwóch lat. Poznałem też bardzo miłego człowieka, jakim jest Michał Hernes, który zawsze gotowy jest do pomocy, gdy potrzebuję filmowego wsparcia. Dostaję nie tylko je, dlatego to znowu moment, by wyrazić wdzięczność za nieustannie potwierdzaną w moim życiu obecność kibica. Niedawno jeszcze w Kino Astra udało mi sie zorganiować pierwsze wydarzenie, jakim był minimaraton anime, który znowu nie odbyłby się, gdyby nie Fundacja Animagia i poznanie Tomka Lewoca, którego bycie słownym jest rzeczą bezgranicznie wartościową w dzisiejszych czasach. Optymistycznie zakładam, że do końca roku pozostało kilka dni, a mam głód w sobie, by w filmowym kalendarzu na rok 2025 postawić kropkę, a może lepiej by postawić przecinek, zostawiając miejsce przypadkowi, by znowu dał o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie.
To już byłoby na tyle. Choć ten długi post jest jedynie wycinkiem roli, jaką obecność i działalność w DKFie odegrały w moim życiu. Niełatwo podsumować ostatnie 10 lat, gdzie człowiek zwiedzał antypody, lawirując między pachołkami, by co jakiś czas przeskoczyć ten przysłowiowy kamień milowy. Przygoda z DKF Politechnika, która zaczęła się w 2016 roku, trwa i mam nadzieję, że jeszcze kilka lat potrwa, nim faktycznie gong zabrzmi, że to już ten czas, by rozważyć dkfową emeryturę i z Anią Kopij otworzyć wreszcie to kino, o którym co jakiś czas zdarza się nam rozmarzyć przy piwie w Przekręcie.
Także jeszcze raz, najserdeczniej jak potrafię, zapraszam Was wszystkich, teraz już tych najwytrwalszych, którzy mieli siłę dobrnąć do tego miejsca w czytaniu na specjalny pokaz z okazji 60-lecia DKFu Politechnika. Pokazowi będzie towarzyszć wystawa poświęcona bogatej historii klubu oraz recital fortepianowy, który zabrzmi po seansie filmu “Bariera” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego.
