W 1995 roku rozwiązana zostaje formacja Kerberos. Powołano ją w celu zwalczania przestępczości, jednak funkcjonariusze przekraczający uprawnienia stali się problemem, który należało rozwiązać. Nie wszyscy chcieli jednak złożyć broń, a jedna z tych osób, Koichi, zdołał zbiec. Trzy lata później wraca, chcąc odnaleźć dawnych towarzyszy, ale Tokio nie jest już tym samym miastem, które znał.

Reżyserem filmu jest Mamoru Oshii, twórca znany, ale też trudny do oceny. Jest bowiem autorem absolutnie legendarnego cyberpunkowego anime Ghost in the Shell, które jest kamieniem milowym nie tylko gatunku, ale też animacji i kina w ogóle. Stworzył też Angel’s Egg, film kultowy, który za chwilę będziemy mogli na ekranach polskich kin. Dzieło oniryczne, mające grono oddanych fanów. Pracował również przy mniej znanych, ale lubianych seriach Urusei Yatsura oraz Patlabor. Z drugiej strony, duża część jego dorobku to pozycje mało znane, często bardzo źle oceniane. Kręcony w Polsce Avalon z Małgorzatą Foremniak w roli głównej jest tytułem środka, lubianym przez wiele osób, ale jednak nie stawianym na piedestale dorobku reżysera. Jak sprawdzają się więc Czerwone okulary, produkcja z początków kariery Oshiiego?

Film ciekawie myli widza. Początek sprawia wrażenie futurystycznego kina akcji, gdzie spodziewamy się oglądać kolejne potyczki komandosów uciekających przed łowcami. Jednakże już chwilę później obraz z kolorowego staje się czarnobiały, a stylistyka zbliża się bardziej do kina noir. Jednak to też zmyłka. Film bowiem cały czas będzie zmieniał swoje oblicze, zaskakując kolejnymi pomysłami i zagraniami.
Czerwone okulary to film, który przede wszystkim dobrze się bawi własną historią.

Co chwilę zmienia nastrój, slapstickowa komedia ustępuje dramatowi dystopijnemu, a nawet proste zachowania zaczynają zaskakiwać. Prosty przykład: spotkanie z dawnym towarzyszem odbywa się w nielegalnym barze z makaronem. Nowa postać łamie otrzymane od sprzedawcy pałeczki, żeby chwilę później wyciągnąć z płaszcza własne, a ma ich tam kilkadziesiąt. Poważna rozmowa o dawnych współpracownikach jest usptrzona pseudonimami związanymi z gastronomią. Po chwili bohater dostaje niestrawności, komicznie biegnie do łazienki, ale kabiny są zamknięte a w pisuarze pływają rybki. O co chodzi? Nie wiadomo, ale dobrze buja.

Jest to film oniryczny, lynchowski, kafkowski, gombrowiczowski, orwellowski, może nawet pynchonowski (pewne elementy kojarzyły mi się też z tegorocznym hitem Paula Thomasa Andersona pt. Jedna bitwa po drugiej). Fabuła to nieposkładany sen śniony w malignie, pełen zmian nastrojów i zaskakujących przejść, a także zabiegów, które każą się zastanawiać, ile z tego, co widzimy, dzieje się naprawdę. Ale jest w tym wszystkim masa uroku, być może miłości do elementów, z których Oshii korzystał, by móc snuć tę zwariowaną opowieść. Można albo się w tym spektaklu zakochać, albo go odrzucić.

I chociaż bawiłem się świetnie, to jednak nieco zabolał mnie finał. O ile akceptuję przecięcie ciągu zdarzeń i danie nam prostego wyjaśnienia przyjętej formy, tak nie zachwyca mnie otwarte zakończenie, które nie wyjaśnia najważniejszych kwestii i pozostawia widza z kolejnymi pytaniami. Krótka kwerenda uświadomiła mnie, że Czerwone okulary stały się początkiem całego uniwersum poświęconego Kerberos, w ramach którego powstały kolejne filmy aktorskie, ale też anime i mangi.

Dostępność do nich w Polsce jest mocno ograniczona, ale być może kiedyś zdołam się zaznajomić z tym światem niebo bardziej. Ta sama kwerenda jednak wskazuje, że Oshii nigdy nie ukazał dalszych wydarzeń z Czerwonych okularów, a tajemniczy finał pozostaje nieodgadniony do dzisiaj. Trochę szkoda, bo bawiłem się na tym filmie naprawdę dobrze i chętnie polecę go znajomym, którzy podobne produkcje lubią. Jednak zakończenie nieco psuje zabawę. Ale z drugiej strony, mogę sobie dopisać epilog sam i może w tym jest metoda, że polubić ten film jeszcze bardziej.