Gray dopala papierosa, czytając list od Alexa, z którym się rozstała. W jej stoickim spojrzeniu widzimy pulsujące emocje, które próbuje ukryć w unoszącym się dymie. Nie wzruszyłby nią nawet gołąb, rozbijający się o szybę, gdyby nie Fionn, która pukając do drzwi oznajmia z wręcz obezwładniająco dziecinną manierą: “Nie żyje”. Wychodzą na dach, by razem z innymi gołębiami pożegnać zmarłego ptaka. Zimne kolory nieba oddają doskonale atmosferę wewnętrznego niepokoju głównej bohaterki.

Podczas, gdy dla Fionn jest to moment, zdaje się, afirmacji naturalnego kręgu życia, dla Gray stanowi punkt zapalny, wyrwę w murzę, powiew świeżego powietrza wpadający przez dziurę w rozbitej szybie. Swoją pożegnalną mową Gray przekształca epitafium Fionn w akt oskarżenia. Choć szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie bogu ducha winien gołąb jest adresatem krzyku pełnego złości i żalu – emocji równie destrukcyjnych, co… oczyszczających. Fionn nie ocenia, jest obok. Jej obecności jest katalizatorem zmiany. Okoliczności spotkania, jak i samo spotkanie mogłyby wydawać się dziwne, groteskowe, ale jest wręcz przeciwnie. Relacja między obiema kobietami, choć nawiązana przed 5 minutami zdaje się być nader naturalna, jakby znały się co najmniej od liceum.

Gdy wieczorem do drzwi Gray ponownie zapuka Alex, będący nieświadomy, a może po prostu nieszanujący i nieakceptujący jej decyzji, ta po prostu zamknie drzwi, grzecznie odmawiając propozycji papierosa i kolejnego “porozmawiania na spokojnie”. Dumnie pozostawi byłego chłopak z ostatnią stroną zamkniętego rozdziału, jego życiem, problemami, emocjami, za których przetrawienie odpowiada on sam. To moment kluczowy dla głównej bohaterki. Nawet, jeśli trwa zaledwie kilka sekund. Nie ma w nim pompatycznej muzyki. Deszcz po prostu pada – nie jest symbolem wielkiej wody spłukującej przeszłość. Niesamowite jest to, jak reżyserki całą uwagę w tej scenie skupiły na Gray, podczas gdy Alax zdaje się stanowi jedynie tło dla zachodzącej w bohaterce przemiany. Nie jest figurą złą, choć wyraźną. On też pozostawia po sobie ślad, w którym widać jego zagubienie i nieporadność w nawiązywaniu i dbaniu o relacje, o uważność.

Nad ranem w mieszkaniu Gray trąca pusty kieliszek wina. Sięga po przemoknięty papieros, który nie nadaje się do niczego. Po słodkich, kuszących używkach nie zostało śladu, a może jednak? Figury na planszy zmieniły układ. Chłodne chmury przeszły, dopaliły się do końca świeczki, przez okno wpada naturalne światło dnia, które napełnia pokój ciszą, w której głęboki oddech zrównuje się z łagodnym ćwierkaniem ptaków za oknem. Z przestrzeni znajomych czterech ścian coś zniknęło, a u stołu zasiadła obca, niepokojąca, ale jednocześnie pełna nadziei niepewność. Jest już po konfrontacji, więc naturalną koleją rzeczy przychodzi czas na odbudowę. Razem z gołębiem umarła Gray i razem z nim odżyła.

“A Bird Hit My Window and Now I’m a Lesbian” to przepiękna, zaledwie 8 minutowa animacja poklatkowa. Nie będąca jedynie historią o miłości, poszukiwaniu siebie i życiu w zgodzie z sobą. To przede wszystkim uniwersalne spojrzenie na transformacyjną moc subtelnych, międzyludzkich relacji. Wspaniałym jest to, jak w tak krótkim czasie reżyserki są w stanie przeprowadzić widza przez multum emocji – zbudować niepokój, wywołać uśmiechu, doprowadzić do wstrzymania oddechu i wyzwalającego jego uwolnienia. Widać także dbałość o produkcję w wykonaniu lalek, tym jak dobrze oddają one charakter każdej z postaci. Zadbano również o scenografię, widać w niej dopracowane detale, ale jednocześnie nie jest ona nim przesycona. Sprawia wrażenie, jakbyśmy znali wnętrze domu Gray od zawsze, jakbyśmy byli tuż obok bohaterek. “A Bird Hit My Window and Now I’m a Lesbian” jest więc nie tylko rozczulająca, czarująca, ale i oczarowująca. Wciąga nas do świata, po którego opuszczeniu czujemy, że i w nas coś się zmieniło.

Film dostępny jest do obejrzenia na YouTube – na kanale reżyserek.