22. MDAG | Czułe śmieszności – recenzja “Nazywam się Martin Parr” (reż. Lee Shulman)
Od dwóch lat lubię z programu Millennium Docs Against Gravity wybrać sobie choć jeden tytuł poświęcony fotografom, a wierzcie mi, jest ich w ostatnim czasie sporo. Tym razem padło na “Nazywam się Martin Parr”, czyli klasycznie o człowieku, o którym nie słyszałem nic. Jednak nie za sprawą ingorancji, lecz problemu nieistnienia fotografii w polskiej, artystycznej świadomości. Tym bardziej cieszę się, kiedy poprzez dokument mogę poznać nowy wycinek świata (dobre określenie w kontekście fotografii) kolejnego twórcy.
Gdy patrzy się na zdjęcia Martina Parra, nie sposób nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z szamanem, który swoim aparatem odprawia jakiś rytuał. Świat, który chwyta w obiektywie wydaje się mu całkowicie podległy, jak gdyby istniejący po to, by to własnie Parr go sfotografował. Choć w jego pracach pełno jest sarkazmu, to nigdy nie przeradza się on w chamstwo. Martin ma tutaj doskonałe wyczucie tej jakże cienkiej granicy. Czasem to właśnie świadomie wstrzymany krok dzieli go od bycia snobem.
W jego fotografiach czuć podległość obranemu tematowi. Konsekwencja Brytyjczyka urzeka będąc zdecydowanie jednym z najmocniejszych stron jego warsztatu. Przez swoją bezkompromisowość i kąśliwy styl Martin Parr długo był uznawany za czarną owcę, odrzucany przez brytyjską społeczność fotografów i licznie krytykowany. To co szczególnie nie podobało sie ludziom w jego pracach to nieczułe i obraźliwe portretowanie klasy robotniczej (oraz średniej). Jednak z perspektywy czasu widać, że w swoich radykalnych zdjęciach Parr przede wszystkim dostrzegał przemiany społeczne, w szczególności te powiązane z konsumpcją dóbr. Przemiany nie oddolne, lecz narzucone przez nadciągające czarne, korporacyjne chmury.
Film Lee Shulmana stanowi barwną laurkę wystawioną artyście. Jednak dzięki bardzo dużej ilości prezentowanych zdjęć, widz ma okazję, by przekrojowo spojrzeć na dorobek Brytyjczyka. Nie usłyszycie tu mnóstwa gadających głów. Ten film daleki jest od moralizatorstwa, budowania pomnika, śpiewania żewnych piesni pochwalnych. To pełne szacunku skinienie, a zarazem szalony rollercoaster oraz wciągający pokaz slajdów. Tym bardziej intensywny, że trwający nieco ponad 60 minut. Okraszony kilkoma, krótkimi komentarzami, a co ważniejsze dający wypowiedzieć się samemu bohaterowi, nawet jeśli w większości odbywa się to poprzez sztukę.
