Przez ostatnie kilka tygodni w kinach widzowie w Polsce mogli oglądać “Symfonię o umieraniu” w reżyserii Matthiasa Glasnera. Tytuł z Konkursu Głównego 74. Berlinale, który otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz. Choć “Symfonia…” zeszła już z afiszy, to wierzę, że jeszcze zobaczymy ją nieraz powracającą przy okazji pokazów specjalnych lub za sprawą wyjątkowych DKFów, bo jest to tytuł z miejsca idealny pod długie, wielowątkowe dyskusje.

“Symfonia o umieraniu” jest mozaikowym portretem rodziny funkcjonującej dysfunkcyjnie pod naszytymi nań łatami pozornej normalności. Punktem wyjścia historii jest śmierć ojca, a więc pojawienie się konieczności, by żona wraz z dziećmi zadbali o przyzwoity pochówek. Historię obserwujemy z trzech perspektyw wdowy, syna i córki. Jednak reżyser nie ogranicza się tylko do tunelowania tych perspektyw, a rozszerza je rozbudowując swoje postaci o historie poboczne. Dzięki temu zabiegowi, postaci stanowić będą dalszy pretekst, by poprzez matkę opowiedzieć o drążącej i alienującej samotności, by poprzez syna dyrygenta opowiedzieć o eutanazji i wyżerającej organy depresji oraz by poprzez córkę alkoholiczkę opowiedzieć o zagubieniu w życiu młodych pokoleń, pozbawionych szans, perspektyw, pozostawionych na pastwę jazdy po bandzie, która pozostaje dla nich nieraz jedyną szansą poczucia krążej w żyłach krwi.

Matthias Glasner choć napisał i nakręcił film zdecydowanie smutny i przygniatający, nie wykreował w nim wizji pesymistycznej apokalipsy naszych malutkich żyć w pejzażu dojmującej rzeczywistości coraz bardziej szarzejącego świata. Nawet jeśli jest to prawdą, że oddaliliśmy się od siebie, sami dla siebie staliśmy się obcymi z innej planety, to wciąż istnieje szansa na to, by odszukać nowe sposoby komunikacji oraz radzenia sobie z życiem. Szczególnie wtedy, kiedy jest ono bolesne i pełne rozczarowań, a dopamina wylewająca się z napuchniętych rolkami oczu sprawia, że ambicje, zamiast być realizowane w cierpliwej konsekwencji, giną szybko i nieszczęśliwie wypacając się krwią w wyścigu o “normalne” i dostatnie życie. Może i bohaterowie filmu nigdy nie wypłyną z bagna, w którym zatopił ich perfekcjonizm ich własnego kraju, ale jest wciąż szansa na to, że ktoś rzuci im koło ratunkowe. Glasner wyciąga ręke podając maseczkę z rurką do oddychania, a to już całkiem niezły start.

Kino niemieckie może nie jest w kryzysie, a przynajmniej zdaje się w ostatnim czasie odżywać, bądź by brzmiało to lepiej, wychodzi z letargu. Nazwisk takich jak Tykwer, Akin, Petzold nie trzeba nikomu przedstawiać, dlatego tym bardziej ucieszył mnie fakt, że “Sterben” był pokazywany nie tylko na festiwalach, ale również w regularnym repertuarze polskich kin. Biorąc pod uwagę, że jest to tytuł bardzo długi, bo trwający 3 godziny. Do tego gatunek dramat, a więc z miejsca mniej atrakcyjny od arthouseowych fajerwerków. Nie będę ukrywać wreszcie, że jest to też film bardzo wymagający skupienia. Broń boże nie nudny, lecz domagający się od widza, by ten poniekąd zatopił się w nim, oddając kontrolę nad czasem reżyserowi. Na koniec film jest również mocno eksploatujący psychicznie, a być może i fizycznie i nie chodzi tu o siedzenie w krześle, a siłę z jaką wwierca się w świadomość widza swoją dosadnoścą i ciężarem. Choć oczywiście ten, kto będzie chciał, odnajdzie w tym filmie również nieco bardzo skrytego, czarnego, acz wciąż humoru.