Odpowiedzi przychodzą z czasem – recenzja filmu “Bogini Partenope” (reż. Paolo Sorrentino)
Od dwóch tygodni w kinach można oglądać najnowszy obraz Paolo Sorrentino “Bogini Partenope” prezentowany w ubiegłorocznym konkursie głównym festiwalu w Cannes. Już wówczas produkcja sygnowana marką A24 dzieliła widzów na dwa obozy, które oddawały jej miejsce w Panteonie lub wysyłały na Golgotę. Nie ukrywam, że nic nie cieszy mnie bardziej, kiedy właśnie na takie filmy mogę wybrać się do kina. Szczególnie w zalewie produkcji przeciętnych smakujących po trochu każdemu, jak wódka ze śledziem. No może w tym przypadku prędzej jak aglianico z oliwką.
W Neapolu na świat przychodzi dziewczyna, a imię jej Partenope. Już od samego początku reżyser zaznacza, że jej pochodzenie jest boskie. Symbolizuje to zakupiona i sprowadzona z Wiednia karoca, która służy jej za łóżko. Przepiękne zdobienia, najwyższy kunszt artyzmu, misterne detale zdają się nie być wykonane ludzkimi rękami. Tym bardziej nie dziwi, że śniąc, bohaterka używa jej do “podróżowania”. Dziewczyna dorasta i staje się tytułową boginią. Jej ciało nie ma elementu, który mógłby nosić ślad ziemskiej genezy, a umysł wypełniają wyłącznie efemeryczne idee i uniesienia duszy rodzące się w trakcie długiego wpatrywania w dal morskich wód okalających arystokratyczną posiadłość, a raczej wypadałoby nazwać ją świątynią Partenope.
Jednak filmowa boginii nie jest zainteresowana hedonistycznym marnotrawieniem czasu. Po ukończeniu szkoły oraz ostatnich nastoletnich, bezstroskich wakacjach, rozpoczyna studia antropologiczne. Na jednym z egzaminów zadaje profesorowi pytanie “czym jest antropologia?”. On udziela jej wymijającej, zbywającej odpowiedzi, która ma być dla niej wystarczająca “na tym etapie”. W tym momencie zaczyna się prawdziwa podróż bohaterki przez kolejne kurtyny, w poszukiwaniu finalnej odpowiedzi na zadane pytanie. Podróż ta ogałacająca ciało z duszy będzie głęboko ludzkim, wielowymiarowym procesem zamiany boskiej karocy, na zwykłe drewniane krzesło zasunięte za biurko.
Jeżeli potraktujemy film Sorrentino dosłownie, może być on wówczas rozczarowujący, gdyż większość bohaterów w nim zdaje się zimnymi rzeźbami porozstawianymi po kolejnych, niekończących się kątach zimnego holu muzeum sztuki. Niektórzy również posądzają “Bogini Partenope” o epatowanie i nadeksploatację nagości kobiecego ciała abstrakcyjnie idealnego, pozbawionego najmniejszych rys i skaz. W części komentarzy można jeszcze spotkać stwierdzenia, że wszystkie przemyślenia są zbyt proste, błahe, być może prostackie, a już na pewno oczywiste. Kiedy czytam te opinie lub dyskutuję ze znajomymi po części rozumiem ten tok rozumowania, aczkolwiek dostrzegam w nim apriori odrzucenie boskości imienia Partenope, a tym samym pozbawienia filmu tego, co jest jego najsilniejszą stroną, czyli bycia mitem.
Kamera Sorrentino, jak zawsze, śledzi kobiece ciało bezdyskusyjnie pięknie i bezwstydliwe idealne. Jednak, o ile w swoich ostatnich filmach Włoch epatował erotyzmem w sposób prostolinijny, czasem wręcz wulgarnie dobitny, to w “Bogini Partenope” widz nie uświadczy ani jednego skrawka nagiego ciała. Pojawi się ono jedynie raz w scenie zaledwie będącej fragmentem pejzażu dyszącego Neapolu. Piękno Partenope i jej uroda mają służyć tu przede wszystkim wykreowaniu obrazu wyobcowania bohaterki spoza sfery zwykłych śmiertelników. Lecz to wyobcowanie ma przede wszystkim miejsce w sercu, umyśle, duszy dziewczyny, której tak nazwana przeze mnie obcość w toku akcji zacznie ewoluować z idealistycznej naiwności ku gorzkiemu rozumieniu świata, z którego piękno wyparowuje w procesie zwanym życiem.
Partenope faktycznie od samego początku zdaje się być niepasująca, a przez to niewiarygodna. Zbyt ładna, zbyt czysta, zbyt perfekcyjna, byśmy mogli dostrzec w niej człowieka z krwi i kości. Dlatego od samego początku postrzegałem tę postać jako uosobienie mitu, a nawet nie mitu, lecz procesu poszukiwania odpowiedzi na pytanie “czym jest antropologia?” Wydaje mi się, że kluczem do odczytania całego filmu jest potraktowanie bohaterki wprost jako uosobienia idei. Jednakże nie konkretnej, lecz ogółu doświadczeń, sumy młodzieńczego zapału, wiary, zachwytu nieukierunkowanych na życie, lecz w przestrzeń istnienia, która sięga poza jego granicę, a jedcznocześnie je ogranicza.

To wreszcie finalnie prowadzi do detronizacji zarzutu prostego i błahego znaczenia filmu oraz braku głębszego przesłania. Sorrentino ukazując historię Partenope dokonał przeglądu życia przeciętnej jednostki, po prostu człowieka. Dlatego może właśnie zdającego sie banalnym, bo kolektywnym. Niczym mity w dawnych czasach służące za uproszczenie pewnych racji, reguł, zasad, norm towarzyszących codziennści. Oczywiście, nie można mówić tu dosłownie o kolektywnym przeżyciu, bowiem każdy z nas ze swoimi ideałami rozprawiał się inaczej. W niektórych z nas żyją one dalej, czasem nienaruszone, czasem po kilkukrotnej ewaluacji, a w niektórych zostały one zatopione na dnie, w skrzyni ukrytej pod siedzeniem złotej karocy, jaką podróżowaliśmy, gdy jeszcze wierzyliśmy w obietnice rodziców, świętego Mikołaja, pierwszą miłość oraz to, że istnieje poza nami coś więcej, dla czego warto istnieć, a także to, że możemy wciąż żyć, bo zawsze nas coś czeka. Niestety, “Bogini Partenope” przynosi tu gorzki morał – nie czeka nas już to, co nas ominęło, niewykorzystane szanse mogą być już tylko złudzeniem, bagaże doświadczeń pozostawiane na stacji zostały rozkradzione na zbyt wiele części, byśmy jeszcze mieli możliwość ich odszukania, staliśmy się następnym pokoloniem dla samych siebie. Zawieszeni w zupie rozmywających się wspomnień, karmimy się posmakiem doświadczeń, które nie miały miejsc. Potem nazajutrz sami dla siebie stajemy się odleglejsi i nieosiągalni, jakby realność naszego wczoraj w ogóle mogło podlegać dyskusji.
